Search

About Me
Mieszka i pracuje w Rosji. Czasami bywa w kraju.Żona Mirela, córka Kasjana, syn Albert, syn Orestes i wnuk Gustaw (ilość stała) . Psy , koty , kury (ilość zmieniająca się)

Google AdSense


Labels

Statistics
Total posts:  4
Total comments:  3
Today's visitors:  15
Total visitors:  19667

Slideshow


Recent Comments
by miko
by Sławek
by Bogumila Baryla

Blog Archives

DO BANI

Leczenie kręgosłupa szyjnego nadal jest nieskuteczne ale dość widoczne. Zgięcia w łokciach od kroplówek sine i napuchnięte, w żołądku jak na Etnie przed wybuchem – to po antybiotykach. Ogólnie „pipiec „ ( podoba mi się to słowo , takie delikatne..) Zostało jeszcze kilka dni tego leczenia, zobaczymy co dalej „ skośnooka” powiedziała , że przejdzie. Mam zakaz moczenia tyłka w ciepłej wodzie ( tylko prysznic) , ale żeby zwiększyć skuteczność leczenia mogę iść do ruskiej bani. Dość dziwne bo woda w wannie nie przekracza zazwyczaj 40 stopni ,a w bani optymalnie to 70-80 stopni. Lekarz radzi , pacjent nie dyskutuje tym bardziej że bardzo lubię ciepłe klimaty. 

W Rosji bania jest praktycznie u każdego posiadacza daczy. W wioskach i na dalekiej Syberii jest jedynym dostępnym źródłem utrzymania higieny osobistej. Bania to cała filozofia, której przestrzeganie pomaga utrzymać czystość, dobre samopoczucie i zdrowie. Jest niekiedy wykorzystywana do szybkiego dochodzenia do siebie  po mocno zakrapianej imprezie. To dotyczy tylko ruskich, my bez wiekowego treningu możemy wyciągnąć kopyta a w najlepszym wypadku skończyć w reanimacji.

Zostałem zaproszony przez znajomego Rosjanina Griszę na weekend. W sobotę  jak zwykle też korki na drogach, 70 kilometrów pokonałem w niezłym czasie 5 godzin. Ktoś pomyśli że szedłem pieszo, nie tutaj to norma wszyscy jadą na daczę i wszystkie drogi wyjazdowe są zabite. Kolesia dacza jest w rejonie dimitrowskim, dość ładne tereny, dużo lasów, latem wspaniałe zbiory grzybów. Mnóstwo małych bajorek w których czasami udało mi się złowić parę płotek. Dzisiaj 9 kwietnia 2016roku wygląda to dość  ponuro. Po obu stronach drogi szary śnieg, na drzewach nie widać zieleni. Niby wiosna a taka nie nasza. Co drugi mieszkaniec Moskwy jest właścicielem daczy za miastem. To jest ważne mieć daczę, nie ważne jaką , jak daleko ale mieć. Jak to brzmi..jadę na daczę. Mówisz do gościa dzwoniłem do ciebie w niedzielę a ty nie się nie odzywałeś, gdzie byłeś?..byłem na daczy . W tym jest wszystko, to tak jakby był na Peloponezie w swoim domu z ogródkiem i palmami.

 

Są dacze różne ( wiadomo finanse ), niektóre to prawdziwe arcydzieła ( u nowobogackich ruskich). Są dacze tak zwane nazbierane, czyli to co znalazł to zamontował. Byłem kiedyś u pewnego pułkownika milicji, który koniecznie chciał się pochwalić swoją budowlą. Masakra…20 rodzajów płytek na posadzce nic, że różne kolory i wzory , ale różne grubości . Chodząc boso na sto procent paznokcie powyrywane. Budynek „ lekko” przechylony, do otwarcia drzwi potrzeba chłopa albo dwóch. U mojej mamy na działce altana to przy tym pałac. Nie , ogólnie nie jest tak tragicznie trafiają się normalne dacze, w których można posiedzieć i nie bać się że coś się zawali.

U Griszy hazjajstwo ( gospodarstwo) miało już taki europejski wygląd . Dacza murowana, dwa pokoje kuchnia i tylko kibelek na zewnątrz. Da się przeżyć w kiblu nie siedzi się cały dzień. Bania tradycyjna z pni, uszczelniona mchem. Przed banią wiata drewniana nazywana biesiadką w której odbywa się część „ artystyczna” ( picie alkoholu, granie na harmonii, jedzenie szaszłyka…) Sama bania składała się z dwóch pomieszczeń  bani właściwej i przedbannika . W tym pierwszym są  półkami do leżenia, piec opalanym drewnem z pojemnikiem na gorącą wodę i mnóstwo beczek z lodowatą wodą . W przdbanniku są ławeczki do siedzenia, jest stolik na którym zazwyczaj stoją napoje „chłodzące”  - tutaj się oddycha ( odpoczywa ) w przerwach między wejściami do bani.  W bardziej wypasionych baniach jest jeszcze pomieszczenie z prysznicem  i umywalkami …my mamy ekonom wariant.

Temperatura 75 stopni wilgotność 90 procent …..wchodzimy.

Ja zawsze zaczynam od dolnej półki, nie mam jeszcze takiej odporności jak ruskie, którzy od razu ładują się do piekła. Leżymy tak kilka minut, pot zaczyna zalewać oczy – wiadro lodowatej wody na głowę i pierwszy „wyhod” (wyjście ). W przedbanniku lodowata wódeczka, ogóreczek i muzyka .  Nafaszerowany w ostatnie dni prochami od bólu szyi , odmawiam gospodarzą walnięcia lufki. Dość długo muszę się tłumaczyć z mojego nieadekwatnego zachowania, nie wiem czy zrozumieli ale więcej mnie nie atakowali. Drugie wejście do bani jest już bardziej efektywne. Ciało robi się czerwone, pory się otwierają i zaczyna się chlastanie wienikami . Przygotowanie dobrego wienika to też sztuka. Latem zrywa się cienkie gałązki z listowiem( brzoza, dąb, olcha), zbiera się po kilka sztuk wiąże w pęczek i suszy na strychu.  Przed rozpoczęciem procedury parowania, moczy się wienik w gorącej wodzie i w oddzielnym wiadrze stoi obok pieca czekając na swoją kolej. Obsługa wiennika też jest swojego rodzaju sztuką. Po nalaniu wody na ciepłe kamienie, zazwyczaj gospodarz rozgania wienikiem parę po całej bani i zaczyna masować gości , najpierw delikatnie przesuwa rozgrzane liście po całym ciele, dając powdychać zapach przyrody. Następnie zaczyna coraz mocniej biczować skórę całego ciała. Procedura trwa kilka minut, potem tradycyjnie lodowata woda na łeb i na lufę w przedbannik. Najlepiej załapać się w pierwszej kolejności , bo potem „trochę „ liście odpadają i niezbyt przyjemne uczucie dostać gołą rózgą w jajo albo obok.

Ostatnie wejście do bani ma za zadanie zmyć z siebie wszystkie toksyny, które w tej piekarni z człowieka wyszły. Specjalnym mydełkiem, rozpuszczasz tłuszcz, bród na skórze i oczywiście wiadro lodowatej wody. Zimą jest lepszy efekt bo zamiast lodowatej wody jest terapia śniegowa. Wyskakujesz goły z bani i jak na basenie nurkujesz w śnieg. Nacierasz się kilka minut i biegiem do bani. Super sprawa. Po kilku takich wyjściach w ogóle nie czujesz mrozu nawet gdy jest – 30 ( byłem kilka razy, trochę tyłek starty od zamrożonego śniegu a jakie potem zdrooowie). Ruskie potrafią w trakcie bani przyjąć na głowę po 0.5 litra i nic……podobno to na apetyt.

Tania, żona gospodarza w czasie jak my byliśmy w bani przygotowała coś na ząb. Grill rozpalony, muzyka i nastąpiła część artystyczna. Sąsiad Jura przytaszczył harmonię i się zaczęło……Dobrze, że nie piłem posiedziałem trochę , poopowiadałem głupoty i jak zorientowałem się że nadajemy nie na tych falach postanowiłem się ewakuować. Gospodarze byli zawiedzeni, bo to tak nie po rusku – ale co zrobić choroba….Pip czeka w domu, będzie zadowolony że wróciłem „ zdrowy” .

500+

   Trochę cieplej, dobrze że pomału czuć wiosnę. Nie zajmuję się polityką a tym bardziej politykowaniem,ale jak tu czegoś nie dorzucić jeśli w ruskiej telewizji NAS obrażają. Jesteśmy najgorsi , ze wszystkich krajów byłego bloku komunistycznego. Tylu ruskich pogibło ( zginęło ) w wyzwoleniu Polski ( około 600 tys. ) a My niszczymy świadectwa ich bohaterstwa. Rozbieramy pomniki , młotkami traktujemy facjaty ruskich generałów którzy tak mężnie walczyli z faszyzmem. Nasz błąd, trzeba było zrobić to od razu, jak tylko ostatni ruski spakował manatki 1993 roku i wsiadł do pociągu na dworcu wschodnim w Warszawie zebrać chłopa i poczyścić nasze miasta, ulice z symboliki sowieckiej okupacji przez prawie 50 lat. Niemcy sprawnie przeprowadzili taką operację, gdy pierwsza ściana muru berlińskiego padała w tym samym czasie rozbierano pomniki leninków, stalinków i żeby potem nie gwiazdorzyli czerwone gwiazdy też zniknęły z krajobrazu. Niektórzy niezłą kasę na tym zrobili, wielu „odłupało” sobie kawałek historii na pamiątkę. Łeb Lenina obok krasnala w ogrodzie toż to szyk. Jednej rzeczy na tym świecie nie można zmienić, to tego co było (historii) , oczywiście różnie jest z interpretacją. Wolny, myślący człowiek będzie widział wszystko tak jak się odbywało, sterowany będzie przyjmował i zabijał sobie mózg prawdami „wygodnymi”. Ruskie to mistrzowie propagandy, ich telewizyjne programy, „ debaty” ( Tok SZOK) to „arcydzieła” spektaklu teatralnego. Wszystko rozpisane do sekundy, prowadzący program z dopracowaną mimiką z głosem niczym Kaszpirowski doprowadza miliony telewidzów do stanu „ bezmózgowia”. Na takich „debatach” żaden z gości nie jest w stanie powiedzieć tego co myśli , czuje…Próbował nasz Korwin Mikke, jakiś dziennikarz z wyborczej- lepiej żeby ich w ogóle tam nie było ( „ trochę wstyd” ) Ale nie dziwię się że dali żopy ( dupy), tutaj jest „prawda, jedna prawda i tylko prawda” i z takimi argumentami nie wygrasz. Jak francuzy nie chcieli oddać ruskim okrętów ( Mistralli), ich dziennikarz też dostał popalić, potem Be byli Turki , za zestrzelony samolot SU w Syrii, a teraz My.  Nakręcą się jak karuzela i nic ich nie zatrzyma. Szkoda bo ruskie to bardzo fajni ludzie. Ale ciężko im wytłumaczyć, że nie negujemy ich wkładu w zwycięstwo nad faszyzmem. Nie licytujemy ilość pogibszych ( zabitych ) , że nie jesteśmy dzikim narodem, który będzie odkopywał groby ich zmarłych, żeby pobawić się kośćmi. Tłumaczę im, że nie będziemy likwidować cmentarzy żołnierzy radzieckich, nie będziemy rozbijać tablic upamiętniających ich śmierć ale te wszystkie „ukraszenia” ( ozdoby) , które przypominają nam prawie 50 letni bezpłatny „wypoczynek” ruskich na ziemi polskiej Nas wkurwiają. Dbamy o zmarłych bo taka jest nasza tradycja, i wiem że żaden Polak nie ma nic przeciwko opiece państwa nad miejscami spoczynku zmarłych, tym bardziej ludzi którzy, którzy zginęli za wolność. Jak to ruskie mówią „ nikto nie winowaty” ( nie ma winnego), ale trzeba było tą wolność dać nam od razu, a nie pomagać nam budować „dobrobyt”.

  Pamiętam za gówniarza w pleszewski lasku (Boreczek) stacjonowała ruska jednostka ( chyba radarowa). Z moim przyjacielem Bogusiem „podprowadziliśmy” naszym rodzicom papierosy (sporty ) , jakąś wodę kolońską (fama szła że ruskie to piją) i udaliśmy się w okolice ich bazy. Po kilkuminutowych targach wymieniliśmy fanty na kilka pocisków od działka lotniczego. W tym wieku też „mieliśmy mózgi sprane” , bo pierwszym pomysłem było wrzucić to w piec u mnie w domu ( u Bogusia było centralne), ale konspiracja nie pozwalała się ujawniać. „ Chyba” domyślaliśmy się , że to może trochę pierdolnąć. Rozpaliliśmy ognisko w lesie, wrzuciliśmy pociski i zalegliśmy za skarpą. Ognisko zaczęło pomału wygasać, a tu nic…..cisza. Boguś pozbierał chrustu i chciał dorzucić ( stwierdził że za mała temperatura), a tu jak nie jebn…, Pociski rozszarpały pobliskie drzewo, gałąź grubości ręki została odstrzelona. Boguś z chrustem w ręce zastygł w pozie pompejowej, i upadł ze strachu jak ruski generał Czerniachowski z pomnika. Mogło się to gorzej zakończyć, ale sprawiedliwość nas później dopadła. W drodze powrotnej chcieliśmy popróbować miodu ( ktoś wystawił bez zabezpieczenia pasieki ). Brak opytu ( znajomości życia pszczół) spowodował „ lekkie” rozdrażnienie mieszkańców uli i frontalny na nas nalot. Boguś szybciej spierda…( był wprawiony po crossach w Ostrzeszowie ), mnie dopadły po kilku metrach. W domu wszystko się wydało, nie sposób było ukryć spuchniętej gęby wielkości telewizora marki Rubin. Pochwały nie było.

  Na koniec, nie żeby ktoś podumał ( pomyślał), że jestem zwolennikiem rządzącej dzisiaj jak zawsze „słusznej” ekipy w naszym kraju. Nie mam nic przeciwko kurduplom, błaznom, żydom, czarnym, białym ……instruktorom kółka modelarskiego. Tylko na jakiego wała mydlą ludziom oczy, wciskają tematy zastępcze – tupolewy, pomniki, 500+, dzieci rozpoczęte , napoczęte, aborcja. Robimy w naszej telewizji ruskie show, a MY „ szlajamy” się jak zwykle po obcych landach. Jak widzę ten trwały plastyczny uśmiech na okrągłej gębie, to czasami bardziej przyjazny mi jest Putin. Przynajmniej wiadomo co można się po nim spodziewać. Chociaż z drugiej strony i tu i tu nic dobrego…..

Praca w Rosji

  Wszystko zaczęło się 2002 roku w połowie lutego. Pierwszy raz jechałem do Rosji pociągiem.  Na granicy z Białorusią wymiana podwozia w całym składzie ( około 50 minut) pozwoliła okolicznym handlarzom oferować swoje produkty. Zapach ciepłych pierogów z kapustą wymieszany z potem podróżnych stworzył „ swojska „ atmosferę. Można było kupić białoruskie piwo, wódkę i skorzystać z usług panienek, które za kilka dolarów „ dawały wsio” ( wszystko).  Mama z córką ( bynajmniej tak wyglądały) opanowały przedział obok, gdzie dwóch gości dość aktywnie i głośno zaczęło inwestować w poprawę  nastroju.  Wagony o dobrej akustyce spowodowały , że czułem się jak na zawodach strongmenów. Słychać było jęczenie i ..ciągnij no kurw..ciągnij.  Pociąg ruszył , białoruskie „ biznesmenki” wyskakiwały w  biegu zadowolone i niedopięte. Jeszcze kilka chwil widać było na rampie migające sylwetki  kobiet skrywające się za drzewami. Przerwa, do następnego pociągu 12 godzin.

  Pociąg Warszawa – Moskwa  przybył z kilkuminutowym opóźnieniem na dworzec białoruski. Stolica Rosji przywitała mnie śnieżycą i trzydziestostopniowy mrozem. Kółka walizki  grzęzły w rozdeptanej mazi, raz po raz wpadając w jamy w asfalcie.  Na tym dworcu kończą bieg wszystkie pociągi międzynarodowe przybywające z kierunku zachodniego. Oddany do użytku 1870 roku nie powala architekturą i standardem , jest szary , brudny i zdewastowany.

  Przed dworcem miał na mnie czekać dyrektor firmy, w której miałem pracować. Znałem gościa z kraju, wysoki , bardzo sympatyczny , kilkakrotnie pracowaliśmy na tych samych budowach. Potok ludzi wypchnął mnie przed wejście główne. Nie od razu załapałem gdzie jestem, brodę , brwi i rzęsy skuł lód, śnieg zasypywał oczy- widoczność zerowa. Jakiś gościu w uszance z lisa machał do mnie z parkingu, i ruchami rąk pokazywał gdzie mam się przeprawić przez ulicę. Z walichą pełna żarcia ( tak poradzili jacyś mądrzy) w jesiennej kurtce, z odkrytą głową ( tego nikt nie radził) , starałem się przejść  trzypasmową ulicę. Nie wiem czy w tym miejscu było przejście dla pieszych, a jak było to i tak pasy były zasypane na 30 centymetrów i  żaden samochód nie chciał się zatrzymać żeby mnie przepuścić. On macha ja stoję. Kilka minut to trwało, ręka przymarzła do uchwytu walizki, facjata jak ze szkła nawet łzy od wiatru się ślizgały. Chyba podobnie  czuł się  Amstrong jak wylądował na księżycu, chociaż ruch tam mniejszy i był w lepszym opakowaniu niż ja strach przed nieznanym  taki sam. Zderzenie się dwóch samochodów i zator który momentalnie powstał utworzyło mi korytarz do przeprawy na drugą stronę ulicy. Dość „ chłodno” przywitałem się z gościem w uszance, który okazał się moim dyrektorem . Sprawnie oderwał mi walichę od dłoni i wrzucił do bagażnika. Siadając na tylne siedzenie jego opla corsy nie mogłem zgiąć kolan, zamarznięte spodnie blokowały wszelkich ruch. Czułem się jakby mi kości zamarzły , łącznie ze szpikiem. Cholernie bolały palce u rąk i stóp , chociaż ich prawie nie czułem. Nie wiem co dyrektorek na początku gadał, bo warstwa lodu w uszach blokowała dość długo wszelkie dźwięki. Jechaliśmy w śnieżycy on coś „ bubnił” pod nosem ja ze „zrozumieniem” kiwałem głową. Chyba gdzieś po godzinie zacząłem wracać do życia i tajać . Droga z dworca do hotelu  zajęła 6 godzin, podobno jak na Moskwę w tych warunkach te 15 kilometrów zrobiliśmy w niezłym czasie. Od dyrektora Mariana dowiedziałem się że będę nadzorował montaż i produkcję okien, drzwi i fasad z aluminium na obiektach budowanych przez zaprzyjaźnioną firmę na terytorium Rosji. Głównie to supermarkety Aszan, Larua Merlen i hale magazynowe. Dowiedziałem się że, nasza firma ma w Moskwie biuro i 10 kilometrów od stolicy w Karolewie halę produkcyjną. Okazało się , że Marian to miłośnik jazzu. Przez całą drogę z głośników  słychać było na przemian Milesa Davisa i Johna Coltranea, to jego ulubieńcy. Nie za bardzo mogłem z nim porozmawiać na temat tej muzyki, po pierwsze nie przepadam za jazzem, po drugie te dwadzieścia kilka godzin w podróży spowodowały że nawet utwór Moby Dick zespołu  Led Zeppelin by mnie nie ruszył. Chciałem się tylko przytulić do poduchy i spać, zaczęło się robić ciepełko.

Dojechaliśmy do Hotelu  Sajany na Jarosławskoje szosse. Po formalnościach meldunkowych, pożegnałem się z dyrektorem  Marianem, umawiając się na drugi dzień rano. Mój pokój numer  1212 mieścił się na 12 piętrze, dobrze że była winda. Po drodze trochę rzucało mną i walizką ale widząc szyldzik na windzie  z datą produkcji 1980 ( budowali na olimpiadę ) byłem szczęśliwy,  że jedziemy. Pokój mały, w miarę czysto i co najważniejsze ciepło. Walnąłem się w „piórnik” w opakowaniu, nawet nie wiem kiedy zasnąłem. 

W umówionym miejscu o 7 rano, umyty i wyspany czekałem na Mariana.

  Zawiózł mnie na budowę , przedstawił załodze i w pieriod ( do przodu). Dobrze  że pochodzę z pokolenia , które miało do czynienia z językiem rosyjskim w szkole podstawowej i średniej. I te niektóre śmieszne literki nie były mi obce.  Na budowie większość podwykonawców to ruskie firmy i z nimi trzeba było współpracować. Początki nie były łatwe , bo kto u nas przykładał się w szkole do ruskiego.

  Pisałem w podstawówce z jakąś Tanią ( gdzieś w domu powinny być listy ) pamiętam , że wysłała mi zdjęcie tatusia w mundurze milicyjnym.  Chyba w większości szkół w tamtych czasach były takie próby nawiązania przyjaźni Polsko- Radzieckiej. W budowlance w Kaliszu do której uczęszczałem był organizowany Turniej o szumnej nazwie Złota Kielnia ( pytania z teorii i praktyka na budowie ) patronem była organizacja HSPS ( Harcerska Służba Polsce Ludowej ) . Ja i moich dwóch przyjaciół Boguś i Grzegorz, nie za bardzo udzielaliśmy się w sprawy szkoły , raz że mieliśmy to gdzieś, dwa że byliśmy „ dojeżdżający” . Czyli lekko dyskryminowani. Kaliszoki  opanowały prawie wszystkie struktury władzy uczniowskiej w szkole. Nam to zbytnio nie przeszkadzało, przyjemniej było wyskoczyć po lekcjach na zakazane piwko, niż uczestniczyć w  durackich zebraniach. Wracając do konkursu..Nagrodą miał być wyjazd dla 10 osób do Niemieckiej Republiki Demokratycznej i to nas przekonało do uczestnictwa, toż  to prawie zachód. Żeby się zakwalifikować to trzeba było coś wiedzieć i znać, a nasza trójka raczej nie należała do prymusów. Ale mieliśmy zawsze niezłe pomysły, które pomagały nam się „przekulać” przez 5 lat budowlanki. Plan opracowywaliśmy dość długo w piwiarni obok szkoły a tylko dlatego, że piwo kończyło się po kilku minutach od rozpoczęcia sprzedaży, takie były dziwne czasy. Dostawa rano i w południe , do trzech piw na łeb obowiązkowo galareta albo sałatka i wszystko. Sekretarką w szkole była całkiem niezła laska, w wieku 25-26 lat. My w tedy mieliśmy po około osiemnaście lat, Grzegorz jako chyba „najpiękniejszy” w tym okresie z nas ( teraz trochę wyłysiał ), codziennie jej jakiś kit wciskał. Że jest super dziewczyną, ma piękne nogi, fryzurę itp. i już była nasza. „Kupiliśmy” jej kwiaty, teraz to trochę głupio ale prawda jest taka że ..naprzeciw szkoły był cmentarz i czasami zdarzały się naprawdę piękne bukiety. Zainwestowaliśmy 51 zł w Rizlinga i bombonierkę, zaprosiliśmy dziewczynę na kawę i udało się od niej „wyciągnąć”  pytania konkursowe. Znaleźliśmy się w gronie szczęśliwców do wyjazdu . Właśnie w Cottbus ( byłe NRD ) miałem pierwszą możliwość  na żywo porozmawiać  z ruskimi. Ich organizacja młodzieżowa Komsomoł też wysyłała w „nagrodę” swoich członków.

  Pierwsze dni  i  miesiące pracy w Moskwie  były szare, mroźne  i przewidywalne. O 6 rano do autobusów, które czekały przed hotelem.( W tym okresie wraz z firmą zaprzyjaźnioną pracowało prawie 200 osób z kraju ) Dojazd na budowę , dziesięć  godzin nadzoru nad montażem okien i fasad w autobus i na hotel . Budowaliśmy dla bogatego Ruska hale magazynowe z częścią biurową  w szczerym polu za Moskwą, w pobliżu żadnego sklepu tylko wiatr i -30 stopni. Moi podwładni ( z niektórymi pracowałem w kraju ) , pomogli mi przeżyć w początkowym okresie i dali wiele „ ciekawych” wskazówek. Jak to działało ?

  Hartowanie organizmu i przyzwyczajanie go do niskich temperatur zaczynało się już w autobusie, w którym przez cały czas dojazdu ( średnio 2 godziny) temperatura niewiele odbiegała od tej na zewnątrz. Przez drzwi dostawał się śnieg, popychany porywami wiatru. Wszyscy starali się choć trochę jeszcze pospać, ale arktyczne warunki uniemożliwiały całkowicie zmrużenie oka. Strach przed nieobudzeniem się ( zamarznięciem ), był silniejszy od snu. Na miejscu nie czuło się chłodu, różnica po wyjściu z autobusu niewielka, kurw…nic się nie czuło. Kilkanaście metrów i każdy dotarł do swoich baraków, w których było w miarę ciepło ( grzejniki elektryczne pracowały non stop ). Szybka kawa, przebranie się w łachy robocze, kufajki, buty filcowe ( walonki ) i tak „obaduchani” wychodziliśmy na stanowisko pracy. Czułem się jak na bazie pod kołem polarnym. Obiekt który budowaliśmy na tym pustkowiu wyglądał dziwnie nierealnie. Wokoło nic nie widać tylko śnieg, śnieg i Nasza Hala. Dwieście chłopa rozpierzchło się na terenie budowy, majstrowie przydzielili zadania i każdy coś „ dłubał”. Moi pracownicy( 10 osób) osadzali drzwi w środku obiektu ( całe szczęście), było w miarę ciepło jakieś +5 stopni ( woda nie zamarzała ). Wielkie dmuchawy na ropę stojące w otworach wejściowych budynku „dymały” ciepłe powietrze. Na budowie z 500 osób - dwieście z polskiej firmy- generalny wykonawca, 10 pracowników  „moich” i reszta ruskie firmy podwykonawcze. Elektryki, hydrauliki, płytkarze…..Na początku nie za bardzo „trybiłem” kto jest kto. Większość firm ruskich jako tanią siłę roboczą zatrudnia przybyszów z Tadżykistanu, Kirgizji i to mnie trochę zmyliło. Od razu zauważyłem, że nie wyglądają na słowian ( ciut ciemniejsza skóra, skośne oczy) i po rusku umieją tyle co ja po Japońsku. Pomału łapałem o co biega. I tak..:

  Teren ogrodzony, na wjeździe budka z ochroną kilkanaście metrów dalej „ miasteczko  barakowe „. W pierwszym  baraku  dyrekcja Generalnego wykonawcy – firma polska, dalej kadra ( kierownicy, majstrowie) . W mniej okazałych barakach gnieździli się ( po 8 osób) pozostali pracownicy. Na samym końcu baraki firm podwykonawczych. W południe przywozili coś w rodzaju obiadu.    

WIZYTA

Rosyjska zima całkowicie mnie „zdegenerowała”. Kwiecień a tutaj zimno, mokro szaro i ponuro. Jeszcze  do tego przyplątały się jakieś  problemy z kręgosłupem szyjnym. Przychodzi jakaś „ciocia „ i podłącza kroplówkę i tak ma być przez 10 dni, podobno ból minie…zobaczymy. Na razie nie jest wesoło, z tomografii komputerowej wynika, że tylko łeb uciąć wszystko jest uszkodzone.Skośnooka pani neurolog powiedziała, że najpierw zwalczymy ból  a potem zaczniemy ćwiczyć. Niech tylko się ociepli , bo teraz to nawet po zakupy nie chce się wychodzić.

Szkoda że wcześniejsze  „wypociny”  gdzieś mi wcięło ( awaria dysku) , nauczka na przyszłość trzeba robić kopię. Ale nic to, zaczynamy od początku.

W połowie marca miałem wizytę . Leżymy sobie spokojnie  z Pipem na kanapie oglądamy Putina, on jak zwykle jest wszędzie. Dzwonek do drzwi , otwieram a tam …Panowie policjanci. Jeden z kałachem, mój dzielnicowy i jeszcze jeden chyba,  tajniak bo był w skórzanej kurtce i uszance ( wersja wiosenna , futro całkowicie wytarte). Pokazali jakieś legitymacje, władowali się do przedpokoju i …..Zaczęło się. Kto tu mieszka ? Dlaczego? Czy jest meldunek ? Czy mam umowę na to mieszkanie? Kto jest właścicielem ? i … Na koniec dowiedziałem się , że głównie chodzi o dwie rzeczy :

Czy właściciel płaci podatek od wzbogacenia ? ( oczywiście jak nikt w Rosji nie płaci ) i czy przypadkiem nie mieszka tutaj ze trzydziestu terrorystów z Azji Wschodniej ? Dobrze, że już kilka lat temu ze względów bezpieczeństwa zgoliłem brodę , bo kilka razy byłem legitymowany ze względu na czeczeńską „wnieszność” ( wygląd ). Chłopaki się rozsiedli, tajniak podrapał kilka razy niezbyt zadowolonego  Pipa ( on jak jest wkurwiony to sierść staje mu dęba i ma  kurwika  w oczach jak u lew  przed atakiem na ofiarę ).  Zamknąłem kocura w drugim pokoju, bo na cholerę mi jeszcze dodatkowe problemy. Rzuci się na „ menta” ( policjanta) i oskarżą mnie o napaść z ostrym narzędziem ( pazury).

Zaproponowałem kawę , herbatę ..– odmówili.   Ale wiskacza nie. Szkoda mi było wlewać w te tłuste gęby czarnego konia (Johnnie Walker Black) , ale co zrobić ..polska gościnność. Problem płacenia „nałogów” ( podatków) został „reszony” ( załatwiony) bardzo szybko. Dałem tajniakowi telefon i pogadał sobie z właścicielem mieszkania….trudno to było nazwać rozmową raczej słuchał i tak jest, tak jest…Właściciel mieszkania to pułkownik  SB w stanie spoczynku i taka fucha daje mu niezłe notowania na rynku nieruchomości.  Potem nastąpiła szybka zmiana tematu. Pytali się jak jest u nas w Polsce? Dlaczego rozbieramy pomniki ruskich bohaterów, dlaczego popieramy sankcje unijne ( podobno bardzo lubili nasze jabłka), co się dzieje u nas w polityce….Po trzecim  „stakanie” ( szklance) starałem się udzielić dyplomatycznych odpowiedzi, żeby gości zbytnio nie urazić. Mówiłem że pomniki nie pasują zbytnio historycznie i pod względem architektury , są toporne ( w końcu znam się na tym jestem budowlańcem). Sankcje nie zrobiły nam zbytniej krzywdy , jabłka żrą nasze dzieci w szkołach i przedszkolach za darmo w ramach akcji witaminy dla młodego pokolenia, reszta idzie na bimber ( to ich bardzo zainteresowało). Z polityką miałem trochę problemów ( nie śledzę na bieżąco), bo na pytanie dlaczego nasz prezydent ma taki duracki uśmiech?  Długo w myślach szukałem  odpowiedzi - ma taką strategię i tyle- powiedziałem, nawet poważna sprawa go śmieszy... Z Macierewicza zrobiłem fana i pasjonata lotnictwa ( bo co miałem wydumać), powiedziałem że jak był młody to należał do szkolnego kółka modelarskiego , bo nie mogłem ruskim wytłumaczyć  dlaczego odkopuje cały czas tego tupolewa. Po czwartym stakanie , było trochę luźniej- wiadomości sportowe( Lewandowski, doping u ruskich sportowców…) i Ukraina i Krym….i piąty stakan. Teraz ja byłem górą , oni odpowiadali. Na hu..nam Ukraina i ten zasrany Krym , stwierdził tajniak. Najechało się tego tałatajstwa jakbyśmy nie mieli innych problemów, przytaknął „ uczastkowy „ ( dzielnicowy) . Nie odzywający się do tej pory ten z kałachem dorzucił..problem to te islamisty i czeczeńcy , co drugi dzień się w kosmos odprawiają na Kaukazie, ( ostatnio było kilka aktów samobójczych w Groznym ). Na koniec chciałem sobie walnąć selfi z chłopakami, ale nie pozwolili …byli na służbie. Widząc, że litrowy czarny koń padł, i szklana zagroda( barek) świeci pustkami, wstali podziękowali za gościnę i poszli ze słowami na ustach…do zobaczenia.

Otworzyłem drzwi pokoju, Pip z politowaniem popatrzył na mnie . Widziałem w jego oczach pytanie…Już kurw…nie masz z kim pić? I co miałem robić, walnalem się obok niego. 

 

Photo station